wtorek, czerwca 22, 2010

Kto i co tu wybiera?

Pierwsza tura wyborów prezydenckich za nami. Komentarze samych wyników pozostawię publicystom, którzy co prawda zazwyczaj bredzą od rzeczy ale przynajmniej biorą za to forsę. Pozwolę sobie jednak na wyartykułowanie kilku smutnych spostrzeżeń.

Po wyborach przeprowadzanych na przestrzeni ostatnich kilku lat widać jak na dłoni, że polska demokracja jest jeszcze bardzo niedojrzała. Zapominamy, że ten ustrój daje nam nie tylko przywilej życia w wolnym państwie ale również nakłada obywatelski obowiązek uczestniczenia w projektowaniu jego przyszłości. O frekwencji w tych wyborach mówi się, że jest "nawet niezła". Powiedzmy sobie szczerze - frekwencja oscylująca wokół 50% jest żenująco niska. Ta niepozorna liczba oznacza, że połowa moich rodaków (20 milionów ludzi!) ma naszą wspólną przyszłość głęboko w dupie. Narzekać jednak potrafią wszyscy jak jeden mąż.
Ubolewam również nad tym, że w debacie publicznej poprzedzającej wybory prezydenckie niewielu zastanawiało się nad tym jakimi ludźmi i potencjalnymi reprezentantami Polski są poszczególni kandydaci. Cała dyskusja toczyła się wokół programów partii politycznych, z których pochodzą. Owszem, to wiele mówi o ich poglądach i powinno stanowić tło dla tej dyskusji ale przecież nie o to tutaj chodzi. Wybory parlamentarne będą dopiero za rok, jeśli dobrze pamiętam i wtedy też będzie czas na spieranie się o służbę zdrowia, podatki itp. Prezydent ma do tego naprawdę niewiele. Teraz powinniśmy się zastanowić nad tym jaką wizytówką Polski na arenie międzynarodowej byłby dany kandydat, ale to nie interesuje nawet publicystów.
Zresztą czytając gazety i oglądając telewizję w czasie ostatnich dwóch tygodni można było odnieść wrażenie że kandydatów ubiegających się o najwyższy urząd kraju było trzech (w porywach do czterech) a nie dziesięciu, czyli tylu ilu zostało zarejestrowanych. Przypomnę wszystkim, że byli to:

  1. Kornel Morawiecki
  2. Bogusław Ziętek
  3. Marek Jurek
  4. Andrzej Olechowski
  5. Andrzej Lepper
  6. Waldemar Pawlak
  7. Janusz Korwin-Mikke
  8. Grzegorz Napieralski
  9. Jarosław Kaczyński
  10. Bronisław Komorowski

Gdyby media ten drobny fakt po prostu przeoczyły to świadczyłoby to jedynie o ich niekompetencji. Obawiam się jednak, że było to działanie celowe. W moich oczach stanowi to przykład żenującego i ohydnego manipulanctwa.

Jest do bólu wręcz oczywiste, że żadne z mainstream’owych mediów nie jest politycznie „niezależne”. Telewizja „publiczna” niezależność, rzetelność i obiektywizm ma tylko w statucie (a przynajmniej mam nadzieję, że ma) i dopóki będzie zarządzana z drugiego szeregu przez kolejne partie polityczne to ten stan się nie zmieni. Telewizja prywatna pokazuje świat tak aby dało się na tym jak najwięcej zarobić czyli załatwić jakieś interesy na zapleczu lub podnieść sobie oglądalność. Każda z głównych („opiniotwórczych” – śmiechu warte) gazet dopasowała się do jakieś niszy i pisze to co jej rezydenci chcieliby przeczytać.

Zdrowo myślący człowiek ma więc bardzo utrudniony dostęp do obiektywnych źródeł informacji. Wyrobienie sobie własnego poglądu na jakąkolwiek kwestię społeczną, ekonomiczną lub polityczną wymaga zdobycia, wchłonięcia i przetworzenia ogromnej ilość informacji z możliwie wielu źródeł. Znakomitej większości moich rodaków zwyczajnie nie chce się tego robić, nie mają na to czasu lub wolą zająć się własnymi problemami. Z tych też powodów elegancko opakowana mielonka ze szklanego pudła jest tak bezkrytycznie przyswajana przez gawiedź i z tego samego powodu tak łatwo tym beczącym stadem kierować.

Dla przykładu przypomnę jak TVN straszył prywatyzacją służby zdrowia podczas ostatniej kampanii parlamentarnej. Kilka dni temu w „Faktach” walnął za to długaśny reportaż o tym jaki to wspaniały pomysł i jak sprywatyzowane szpitale genialnie sobie radzą. Własnym oczom nie wierzyłem – uśmiechnięci pacjenci, czyściuśkie sale, nowiuśki sprzęt – WTF? Naprawdę nie wiecie po co wyemitowali ten materiał?

Albo sondaże - powinno się zakazać publikowania tego cholerstwa! Jeśli mamy głosować według własnych preferencji i przemyśleń to nie powinno się nami manipulować za pomocą sondaży. Tylko, że tu znów nie chodzi o żebyśmy zagłosowali na tego, który nam najbardziej pasuje lecz na tego, na którego "powinniśmy".

Przykład z innej beczki – przez ostatnie lata PiS i PO wieszali zdechłe psy na SLD. Woleliby sczeznąć w okrutnych mękach niż podać rękę demonicznym postkomunistom. Zarzucali sobie wzajemnie lewitowanie w stronę lewicy (w obu przypadkach słusznie). A teraz zmyłka – w wyborach pan Napieralski udowodnił, że lewica wciąż ma potencjalnie duży elektorat, panowie nagle się polubili i nie wykluczają już możliwości sojuszy. Jestem przekonany, że za kolejny rok padną sobie w ramiona ze łzami w oczach. I bardzo dobrze, porozumienia pomiędzy różnymi wizjami świata są budujące i mnie cieszą. Brzydzi mnie natomiast obłuda.

Pamiętajmy więc, że sprawy wagi państwowej bywają niestety wykorzystywane do realizacji osobistych celów niewielkich grup ludzi a to co do nas mówią w telewizorze lub piszą w gazetach ma często za zadanie zaprogramować nas na określone myślenie i w konsekwencji działanie. Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy musimy się teraz doktoryzować z ekonomii czy socjologii, poświęcać długie godziny na docieranie do alternatywnych źródeł informacji albo negować wszystko co do nas dociera z mediów węsząc wszędzie teorie spiskowe. Wystarczy jednak nie przyjmować wszystkiego bezkrytycznie, nabrać odrobiny dystansu i nie bać się kwestionować wmawianych nam „oczywistości”. Wystarczy od czasu do czasu pomyśleć samodzielnie. Polecam, to nie boli.


sobota, maja 22, 2010

Wielce udany apgrejd

Zaniedbałem nieco bloga, przyznaję, ale wszystko to przez szkołę i facebook'a. Tak, uległem magii tego badziewia. Długo broniłem się przed wszelkiego rodzaju serwisami społecznościowymi ale i mnie w końcu dopadło. Postaram się to jakoś zrównoważyć. Jak zwykle w draftach czeka już kilka pomysłów na posty - trzeba mi tylko przysiąść i je urzeczywistnić.

Zacznę od bardzo przyjemnego wpisu o podniesieniu wersji mojego ulubionego Ubunciaka.

Na nowego LTS'a (Long Time Support) niecierpliwie wyczekiwali chyba wszyscy jego użytkownicy. W końcu stało się - nadszedł koniec kwietnia a z nim Ubuntu 10.04 Lucid Lynx.

Dotychczas upgrade dystrybucji kojarzył mi się niestety, poza nowymi funkcjonalnościami, które oczywiście cieszą, z koniecznością spędzenia co najmniej jednego wieczoru na poprawianiu różnej maści drobnych błędów.
Ku memu zaskoczeniu tym razem wszystko działa jak marzenie. Nie zaobserwowałem żadnych niedociągnięć a działam na nim już ponad dwa tygodnie. Co więcej - w porównaniu do 8.10 jest widocznie szybciej i ładniej.
W robocie zmuszony jestem do korzystania z windy xp (który, nie jestem hipokrytą, również na swoje zalety) ale w domu póki co nie wyobrażam sobie lepszego systemu.

wtorek, marca 16, 2010

Niska garda Marionetki

Obejrzałem film panów Siekielskiego i Madeja pt. „Władcy marionetek” i nie powiem aby mną szczególnie wstrząsnął. Panowie nie dość, że Ameryki na nowo nie odkrywają to jeszcze nie wykorzystują potencjału drzemiącego w prezentowanym zjawisku. Miałem wrażenie oglądania kolejnych, chaotycznych reportaży powiązanych ze sobą z grubsza powrozem skręconym z politycznego krętactwa. Ani to odkrywcze, ani zaskakujące. Poza wtórnością film charakteryzuje się również brakiem jakiejś wyraźnej ciągłości i wspólnego mianownika; może przydałaby się narracja albo co. Nie da się natomiast ukryć, że głównym bohaterem filmu jest sam p. Sekielski.
Gdyby Sz. P. Redaktor zrobił film o mechanizmach PR'owych w wykorzystywanych polityce, rozwijając wywiady z Séguéla’em (pewnie źle odmieniam), Tymochowiczem i innymi spin doktorami, przeplatając je scenami z życia polskiej polityki to byłoby to dzieło o wiele ciekawsze i spójniejsze.
Co do samego manipulowania społeczeństwem to jest to niestety „oczywista oczywistość”, przed którą ciężko się na co dzień obronić – trzeba by było kontestować każdą wypowiedź i bez ustanku poszukiwać „drugiego dna”. Dla zwykłego obywatela to prosta droga do wariatkowa. Jedyne co możemy zrobić to nie wierzyć politykom.

Obecnie najlepszym przykładem ordynarnego manipulanctwa jest kampania prezydencka Sz. P. Komorowskiego. Celowo piszę, że tylko jego bo według mnie role w PO zostały już dawno rozpisane a Sz. P. Sikorski świadomie pełni w niej rolę "złego policjanta". Wiadomo, że wybory wygrywa ten, o którym się dużo mówi w mediach a dzięki temu sprytnemu zamieszaniu o prawyborach w PO mówi się dużo, długo i bez wykorzystywania czasu antenowego wynikającego z przepisów dotyczących kampanii wyborczych. Pozostałe partie przegapiły sprawę i nie wykorzystały wzorca sprawdzonego w innych demokracjach więc pozostaje im siedzieć cicho.

Mechanizm jest według mnie czytelny i genialny w swojej prostocie:
  • PO stroi się w piórka partii troszczącej się o dobro obywatela, odstawiając teatrzyk wyboru najlepszego kandydata.
  • Sz. P. Komorowski zostaje ostatecznie wykreowany na statecznego męża stanu
  • Społeczeństwo, mimo woli uczestnicząc w tych "wyborach", staje po stronie jednego z kandydatów podświadomie oswajając się z faktem głosowania na Komorowskiego
  • Sikorski na tej zadymie nic nie traci, jest młody i silne miejsce w szeregach partii ma raczej pewne
  • Kontrkandydaci nie mają na tym etapie jeszcze zbyt wiele do powiedzenia, chyba że odniosą się do prawyborów w PO, czym przysłużą się bardziej Komorowskiemu niż sobie
To straszne jak to wszystko jest poustawiane, w jak ordynarny sposób się nas programuje do wykonania określonej czynności. Jakiś kołtun kiedyś powiedział, że demokracja nie jest idealna ale nic lepszego nie wymyślono. Bzdura, demokracja to siedlisko kłamstwa i hipokryzji. To przez demokrację wyginęli mężowie stanu.
Proponuję powrót do monarchii.

wtorek, lutego 09, 2010

Telekupa

Sesja za pasem, ale skoro już się tak rozpisałem to pójdę za ciosem i spuszczę trochę żółci, która we mnie wezbrała.

Z niezrozumiałych powodów, moja ulubiona teściowa jest (a właściwie była, bo ta męczarnia szczęśliwie dobiegła do końca) wierną fanką serialu "Brzydula".
Ja telewizję oglądam właściwie tylko wtedy gdy jestem przyklejony do talerza, więc w porze obiadowej, gdy babunia odwiedzała wnusia, zmuszony byłem do śledzenia tej fenomenalnej noweli. Abstrahując już od durnowatej fabuły, to co mnie w niej najbardziej uwierało to poziom aktorskiego warsztatu, który w przypadku głównej bohaterki był obezwładniająco wręcz niski. Tytułowa brzydula w każdej scenie wyglądała jakby ktoś ją dopiero wybudził ze śpiączki i kazał się bez powodu uśmiechnąć. Gdyby kiedyś dostała do zagrania rolę ryby duszącej się na pomoście to zapewne wypadłaby rewelacyjnie. W każdym innym przypadku niestety nie. Wiarę w talenta i warsztat aktorów młodego pokolenia odzyskałem dopiero, gdy dowiedziałem się, że jest naturszczykiem.

Ale dość już o tym. Nie jest moją intencją wyżywanie się na kimś bez celu. Prywatnie panna Julia jest zapewne niezwykle sympatyczną i inteligentną osobą. Opuśćmy zatem na ten serial zasłonę milczenia - skoro już się skończył a ja przeżyłem to z czystym sumieniem można o nim zapomnieć. Świat znów stał się piękny.

Miesiące mijały w spokoju, aż tu nagle bęc, w oko wpadł mi niechcący krótki reportaż z uroczystości wręczenia Telekamer. Okazało się, że pannie Julii Kamińskiej, "odtwórczyni" głównej roli w powyższym serialu przyznano nagrodę w kategorii, o zgrozo... „Aktorka”!

Telekamera to oczywiście żadne wyróżnienie ale jakim cudem ona w ogóle otrzymała nominację?! I nie chodzi już nawet o to, że dostała tę statuetkę. Ależ proszę bardzo, na zdrowie.

Chodzi mi o tych co wybierali – o poziom i gusta polskiego widza oraz ustawiane komisje konkursowe.
Chodzi mi o te wszystkie zdolne aktorki, które nie pracują w samopromujacej się machinie TVN'u więc z definicji nie mają szans na takie wyróżnienia.
Chodzi mi o wartościowe programy, których prawie nikt nie ogląda ponieważ są za trudne w odbiorze, a do tego puszczane w nocy bo przyciągają zbyt mało reklamodawców (a puścić trzeba, bo wiadomo - misja).
Chodzi mi o publiczność Teatru Telewizji, która w prawie 40 milionowym kraju wystarczyłaby raptem do zaludnienia średniego miasta wojewódzkiego.
Chodzi mi o zdjęty niedawno z anteny program „Labolatorium” i wiele podobnych, skasowanych wcześniej.
Chodzi mi o kierunek, który my sami nadajemy mediom.

Czy naprawdę w telewizji rację bytu ma już tylko płytka rozrywka i tania sensacja? Czy naprawdę chcemy tylko krwi, cycków i wygłupów?

Jeśli tak, to proszę bardzo, głosujmy dalej na takie gnioty.

A na deser...

"Firmowy" wyraz twarzy panny Julii przypomniał mi krążące drzewiej po sieci zestawienie min sz. p. ministra Romana Giertycha:


Dostrzegam pewną analogię...


P.S. Dowiedziałem się właśnie, że serialowy partner brzyduli, sz. p. Filip Bobek, jest reklamowany przez swoją macierzystą stację jako "najprzystojniejszy polski aktor". Hy, hy, hy... no comments...

poniedziałek, lutego 08, 2010

A mnie się podoba

Tak to jest, że jak sobie człowiek do codziennego znoju dołoży jeszcze wychowywanie małych dzieci i łikendowe studiowanie, to już czasu i sił nie staje na takie fanaberie jak pisanie bloga. Przeczytałem jednak właśnie artykuł, który zmobilizował mnie do dokończenia posta czekającego w „draftach” od grudnia ’09.

Rzeczony artykuł, na stronie gazety Polska The Times, dotyczy typowo polskiego narzekactwa na logo EURO 2012 i częściowo pokrywa się z tym co i ja chciałem drzewiej przekazać. Na tym tle, w kilku miejscach będę więc nieco wtórny, ale nie chce mi się już zbytnio przerabiać tego co raz napisałem.

A więc tak.

Intencją moją jest aby, wbrew wszystkim malkontentom, wyrazić pochwałę dla zaprezentowanego niedawno (14.XII.2009) oficjalnego loga mistrzostw Europy w piłce nożnej EURO 2012. Jak już wszyscy wiemy, symbolem tym będzie kwiat z pączkiem z piłki oraz liśćmi w barwach narodowych organizatorów. Przekaz bardzo klarowny, symbolika pozytywna, kolorki sympatyczne – dla mnie bomba.

Szczerze mówiąc spodobał mi się on od pierwszego wejrzenia a gdy zobaczyłem animację objaśniającą jego pochodzenie stałem się z niego prawdziwie dumny (chociaż opracowali je portugalczycy).



Z tym większym zdziwieniem czytałem kolejne, coraz bardziej negatywne opinie krajowych internautów. Lud na różnych forach i w komentarzach pod artykułami artykułuje przemyślenia opisujące logo jako przerysowane, zniewieściałe, z nieodpowiednią kolorystyka i trącące Cepelią. Z żadną z tych opinii się nie zgadzam lub przynajmniej nie uważam za wadę.

Ale po kolei.

Czy logo EURO 2012 jest przerysowane? Nie sądzę.

Prawda – obrazek jest stosunkowo skomplikowany ale to, że nie składa się z modnych ostatnio kilku kostropatych maziajków jest tylko jego atutem. Dzięki takiemu zabiegowi jest wyraziste, rozpoznawalne i łatwo zapada w pamięć. Samo logo jak i użyta kolorystyka będą nie tylko ładnie wyglądały w spotach rozpoczynających transmisje telewizyjne ale również otwierają duże pole do popisu dla producentów przeróżnych gadżetów, na których przecież chcemy zarobić.

Dla porównania wystarczy spojrzeć na historię znaczków z poprzednich mistrzostw Europy. Według mnie ostatnie wygląda zdecydowanie najlepiej.



Albo logo bardziej na czasie - Vancouver 2010. Do zapomnienia na drugi dzień po zakończeniu olimpiady.



Czy logo EURO 2012 jest mało „męskie”? Nie sądzę.

"Nie ulega frekwencji", że piłka nożna to twarda męska gra, jednak samo wydarzenie jakim są mistrzostwa Europy ma o wiele szerszy charakter. Nie dość, że jest wspaniałym pretekstem do spędzenia czasu z rodziną i/lub przyjaciółmi to dzięki temu, że dotyczy wszystkich europejskich narodów, jest również niebywałą okazją do międzykulturowej integracji a więc wykracza daleko poza ramy samych rozgrywek sportowych.

A że kwiat w dzisiejszych czasach nie jest atrybutem męskości to też dobrze - przełamuje schematy i przypomina, że w naszej historii kwiaty (róże, lilie itp.) wielokrotnie stanowiły element np. herbów szlacheckich czy rycerskich emblematów. Jakoś nikt się ich wtedy nie wstydził. Ba, wielcy rębacze tamtych czasów byli z nich szczerze dumni.

Czy logo EURO 2012 ma nieodpowiednie kolory? Nie sądzę.

Marudy twierdzą, że powinno być odwrotnie – czerwony środek i biała obwódka. Według mnie to nielogiczne (nasuwa mi się analogia do białego orła na czerwonym tle) ale twórcy postanowili odeprzeć te zarzuty przedstawiając opinie specjalistów z zakresu heraldyki (z którymi konsultowali się w trakcie projektowania). Ciężko coś tutaj dodać bo i zarzut mocno naciągany.

Czy logo EURO 2012 trąci Cepelią? Owszem.

I bardzo dobrze. Dzięki temu nie jest bezpłciowe i wyraźnie zaznacza charakter obu narodów.

Użyta typografia przesuwa nas co prawda na wschód, czego się panicznie boimy, ale prawda jest jednak taka, że jako ostatni bastion "wschodu" mamy europie o wiele więcej do zaoferowania niż nieudolne udawanie „zachodu”.

Odcinanie się od naszego kulturowego i historycznego dorobku będę moim szanownym rodakom do znudzenia wytykał i za każdym razem potępiał. Zaakceptujmy to w końcu - Cepelia to my. Jesteśmy łowickimi wycinankami, kaszubskimi haftami i kurpiowskimi koronkami. Zróbmy atut z tego, że mamy ponad 1000 lat historii. Bądźmy dumni z tego kim jesteśmy. Wstyd mi za tych, którzy nie są.

Proszę Was, w czasie mistrzostw nośmy z dumą nasze barwy narodowe przeplatane wzorkami z Cepelii. Opowiadajmy przyjezdnym o sarmatach i słowiańskich wierzeniach. Zainteresujmy świat naszymi legendami i baśniami. Zaróbmy na gadżetach z szewczykiem Dratewką, smokiem wawelskim, Warsem i Sawą, panem Twardowskim i diabłem Borutą. Puśćmy w świat jak najwięcej polskości. Niech nas poznają i zapamiętają. Lepszej okazji od losu nie dostaniemy.

niedziela, grudnia 06, 2009

Etyka sceptyka

Ameryka Północna to ciekawy kraj, nie da się jej lubić ale nie można też nie doceniać. Przyznaję, że chłopcy niektóre sprawy nieźle sobie poukładali. Dajmy na to możliwość odwołania ze stanowiska polityka jeśli nie zrealizował obietnic wyborczych w zakładanym terminie lub budowanie czteropasmówek gdzie popadnie, nawet w najbardziej zapyziałej teksańskiej dziurze.
Chociaż USA ma wad znacznie więcej niż zalet, to z jednego amerykańskiego wynalazku czerpie garściami cały świat – chodzi o tzw. „amerykańskich naukowców”. Bez ich kolejnych „odkryć” świat byłby szary i nijaki a oglądanie wieczornego wydania wiadomości straciłoby urok. Któż inny powiedziałby plebsowi czy w tym roku masło jest „zdrowsze” od margaryny lub na odwrót? Ale mniejsza z tym.
Niedawno natknąłem się na jedno z takich badań, w którym kolesie biorą pod lupę wpływ etyki na stabilność zatrudnienia i produktywność pracowników. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć czym zajmuje się etyka, a w szczególności etyka biznesu, przejdę więc od razu do streszczenia wyników.

Zacznijmy od procentów:
  • 94%, czyli znakomita większość badanych pracowników uważa, że etyczność firm, w których pracują jest dla nich ważna lub nawet krytyczna
  • 82% wolałaby otrzymywać mniejsze wynagrodzenie za pracę w firmie praktykującej zachowania etyczne
  • 21% odczuwa nacisk na zaangażowanie się w nielegalne praktyki
  • 80% wymienia brak aprobaty dla zachowań nieetycznych wśród swoich współpracowników, przełożonych lub kierownictwa najwyższego szczebla jako powód do zmiany miejsca zatrudnienia.
  • 36% deklaruje gotowość do zmiany miejsca zatrudnienia z powodu niskich standardów etycznych obowiązujących w danej organizacji
  • 56% określa swoje miejsce zatrudnienia jako organizację posiadającą kulturę etyki, mimo to 20% z nich było w ostatnim półroczu świadkami nieetycznych lub nawet nielegalnych zachowań a 11% z nich zostało przez takie praktyki bezpośrednio dotkniętych.
  • 12% doświadcza nieetycznych, nielegalnych lub dyskryminujących zachowań przynajmniej raz w tygodniu
Dalsze badania prezentują uśrednione wyniki w podziale na regiony (stany USA), wiek, płeć, stanowisko itp. Wszystkie one potwierdzaj jednak wniosek, że firmy postępujące etycznie cieszą się z tego tytułu wieloma wymiernymi korzyściami, włączając w to przyciąganie i utrzymywanie w organizacji utalentowanych pracowników. W Polsce nie byłoby to pewnie aż tak widoczne ze względu na wciąż niepewny rynek pracy skutkujący powszechnym brakiem szacunku dla pracownika.

Z powyższego wynika, że dla znakomitej większości pracowników etyczne zachowania wydają się być bardzo ważne. Badania te są oczywiście nieco obszerniejsze ale nie będę ich tutaj wszystkich przytaczać bo powyższe podsumowanie nakreśliło już mniej więcej obraz sytuacji.

Dodam jeszcze że dowiedziono, że etyka "jest dobra" bo skutkuje zwiększeniem stopnia społecznego zaufania. Z kolei jednostki organizacyjne w krajach charakteryzujących się wysokim poziomem społecznego zaufania poświęcają mniej czasu i środków na zabezpieczanie się przed „wykorzystaniem” podczas transakcji handlowych lub ochronę własnych aktywów. Wysoki poziom zaufania zachęca również organizacje do bycia bardziej innowacyjnymi oraz inwestowania w kapitał ludzki.

Badania te pochodzą z Hameryki z 2007 roku ale śmiem sądzić że (przynajmniej w kulturze europejskiej) ich wyniki nie odbiegają zbytnio od bieżącej sytuacji w innych krajach.

Po zapoznaniu się z tym raportem pierwsze pytanie które przyszło mi do głowy to:

Skoro wszyscy pragniemy żyć w wysoce etycznym otoczeniu to skąd tak wielki odsetek osób które spotkają się na co dzień z nieetycznym zachowaniem?

Odpowiedź wydaje się prosta – nieetyczność jest immanentną częścią ludzkiego charakteru. Wszyscy wiemy, że jest „zła”, ale czy to coś zmienia? Jak widać niewiele.

W konsekwencji pojawia się zatem nowe pytanie o to, czy etyka, jako dziedzina nauki/filozofii ma w ogóle rację bytu? Dla idealistów, którzy wierzą w możliwość zmiany ludzkiej natury zapewne tak. Mnie to jednak jakoś nie przekonuje...

Źródło: Reliable Plant

poniedziałek, listopada 09, 2009

Słowo(prze)twórstwo, czyli "można i tak, można i tak"

Pacholęciem będąc nie miałem dostępu do takiej obfitości zabawek w jakiej dzieciaki mogą się pławić w dzisiejszych czasach. Wtedy mi to specjalnie nie przeszkadzało a z perspektywy czasu uważam, że w znacznym stopniu przyczyniło się do rozwoju mojej wyobraźni i kreatywności.

Wymogiem tamtych czasów było aby średniowieczne warownie, skalne urwiska, jaskinie czarnoksiężników, zdradzieckie moczary, machiny oblężnicze, armaty i inne niezbędne młodemu zdobywcy rekwizyty powstawały z dostępnych akurat pod ręką elementów wyposażenia domostwa. Po świecie z kartonowych pudełek, puszek, ołówków, pomiętolonej gazety, koca, latarki i taboretu wędrowały drużyny, których członkom nie przeszkadzał fakt, że pochodzą z kompletnie innych bajek. Zupełnie zwyczajnym widokiem był szturm plastikowych żołnierzyków wspieranych oddziałem składanych Indian na bazę złowrogich ludzików Lego, którym przewodził Boba Fett.

Nie o zabawkach jednak miało być, jeno o ewolucji polskiego języka. W takiej bowiem oto uroczej scenerii zrodziły w mojej młodzieńczej głowie dwa Słowa, które sam wymyśliłem (jestem o tym przekonany do dziś) i planowałem w glorii chwały rozgłosić wszem i wobec.

A były to:

Wulkanizacja – czyli mroczna, kamienna równina z jeziorami płynnej lawy – takie wulkaniczne bagnisko, okrrropnie niebezpieczne,

i

Totalizator – okrutny władca trzymający za mordę „totalnie wszystko”, często przybierał postać Lorda Vadera mieszkającego, a jakże – w ponurym zamczysku za wulkanizacją.

Byłem z tych Słów bardzo dumny.

Na pierwszego powiernika mojej słowotwórczej kreatywności wybrałem Babcię W. i z niecierpliwością wyczekiwałem terminu naszych odwiedzin. Jakże byłem zrozpaczony gdy w czasie tegoż oczekiwania okazało się, że bezwzględny Totalizator losuje w telewizorze kolorowe piłeczki. Pierwsze słowo było zatem spalone, ale dramatu nie ma - jest jeszcze drugie. Jak już otrząsnąłem się po tym przygnębiającym wydarzeniu dostałem kopa z drugiej strony. Nietrudno się domyślić co zobaczyłem przez okno naszego srebrno-błękitnego peżota 305 podczas podróży do Babci W. - oczywiście kilka zakładów zajmujących się, o zgrozo, wulkanizacją.

Ta smutna historia przypomniała mi się podczas niedawnej dysputy na temat czystości naszego rodzimego języka. Nie jestem zatwardziałym purystą językowym ani zapalonym polonistą. Podejrzewam, że nie jestem nawet poprawnym użytkownikiem polskiego języka (chociaż staram się go nie kaleczyć), uważam jednak, że jest to za nasz wielki dorobek kulturalny, który należy pielęgnować i z rozwagą rozwijać.

Nie śledzę oficjalnego procesu słowotwórstwa ale zakładam, że odpowiednie organa się nim zajmują. Na co dzień spotykam się natomiast ze słowotwórstwem uliczno-medialnym i nie jestem tym zjawiskiem zachwycony. Na porządku dziennym jest upraszczanie polszczyzny (kwiatki typu „wezme se” czy „włanczać”) co mnie aż tak bardzo nie razi bo taki już niestety jest charakter tzw. języka codziennego i czasem sam z tego korzystam. Bardzo mi się natomiast nie podoba wszechobecne i bezkrytyczne zapożyczanie z języka angielskiego. Nie mam nic przeciwko włączaniu do naszego języka słów obcych opisujących zjawiska, dla których nie mamy adekwatnych odpowiedników (np. komputer) ale dlaczego coraz częściej sklepy starają się nakłonić mnie do zakupu „sandwiczy” zamiast kanapek a gazety zachęcają ciekawym „kontentem” a nie artykułami? Takie przykłady można rzecz jasna mnożyć bez liku.

Oczywistym jest, że nie ma sensu walczyć z różnymi żargonami branżowymi czy slangami subkulturowymi a odcięcie się danej społeczności od wpływów innych kultur nie dość, że jest fizycznie niemożliwe to byłoby katastrofalne w skutkach. Naleciałości zewnętrzne są więc nieuniknione.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że „polska język jest trudna język” co nie zwalnia to nas od jego szanowania. W tym miejscu mogę polecić dość ciekawy artykuł prezentujący ranking języków pod względem trudności w ich przyswojeniu. Zgadnijcie, który z nich jest uznawany za najtrudniejszy na świecie?

I tu dochodzę do sedna. O ile statystycznemu Polakowi jestem w stanie wybaczyć językową niestaranność to do czołowych krzewicieli piękna i /lub poprawności rodzimej mowy mam głęboki żal. Osoby publiczne (politycy, artyści, dziennikarze itp.), które niewiadomo dlaczego przez sam fakt pojawiania się w mediach są wciąż traktowane jako wykładnie cnót wszelakich, posługują się językiem coraz bardziej grubiańskim i niechlujnym.
Największą przewiną obarczam jednak udzielających się w mediach polonistów, którzy nie dość, że nie zwalczają stanowczo wszystkich powyższych zjawisk, tłumacząc je „naturalną ewolucją języka”, to jeszcze rozluźniają atmosferę powtarzając do znudzenia „… można i tak, można i tak …”. No normalnie maść na szczury*, bulwa! Kiedyś oglądałem ich z przyjemnością ale teraz mnie irytują.

Jako naród nie jesteśmy specjalnie dumni z naszego dorobku kulturalnego, nie potrafimy się nim chwalić, promować go na świcie ale za to chłoniemy jak gąbka wszystko co obce, a najlepiej „zachodnie”. Mam wrażenie, że powoli się to zmienia ale z przestrzeganiem (że nie wspomnę o egzekwowaniu) zapisów ustawy o ochronie języka polskiego wciąż jest fatalnie. W takim stanie rzeczy, jeśli nie media (przynajmniej publiczne) oraz takie postaci jak profesorowie Miodek i Bralczyk, to kto ma dbać o czystość naszego języka?

Tak mi smutno że chyba pójdę gżegżółkę rzeżuchą nakarmić.

A tak przy okazji, polecam zapoznać się z zamieszczonym w serwisie ciekawnik.pl rankingiem błędów językowych. Daje do myślenia.

* Historia Maści Na Szczury

Babcia K. opowiedziała mi drzewiej krótką historyjkę, która z niewiadomego powodu na zawsze zapadła mi w pamięć.
Na jednym z bazarów powojennej Warszawy pewien jegomość sprzedawał nieciekawie prezentujący się specyfik.
- Maaaaść na szczury, maść na szczuryyy! - reklamował swój towar donośnym krzykiem.
Zaintrygowana Babcia K., która oczywiście wtedy jeszcze nie była babcią, podeszła bliżej handlarza aby stać się mimowolnym świadkiem jego krótkiego dialogu z pewnym równie zainteresowanym przechodniem:
- Możesz mi Pan powiedzieć jak taka maść działa? – zapytał potencjalny klient
- Naturalnie! Dzięki tej wspaniałej maści pozbędziesz się Pan kłopotu z gryzoniami raz na zawsze! A działa to tak: łapiesz Pan taką gadzinę, smarujesz ją Pan tą cudowną maścią i puszczasz wolno, a po kilku dniach szczur sam zdycha.
- Przecież to bez sensu! Co ja go będę jakimś paskudztwem smarował, jeszcze mnie dziabnie i jaką cholerą zarazi! Jak już go złapię to wolę szpadlem przejechać i kłopot z głowy!
- Można i tak, można i tak – odpowiedział rezolutny sprzedawca, i powrócił do nawoływania - Maaaść na szczury, maść na szczuryyy!

sobota, października 31, 2009

Budzik

Tych, którzy mnie znają przekonywać nie trzeba a ci, z którymi jeszcze nie miałem przyjemności muszą uwierzyć mi na słowo - co jak co, ale spać to ja lubię.

Niestety ramy czasowe, w których mogę oddawać się tej błogiej czynności są dość ograniczone. Wiadomo - wstać do roboty trzeba wtedy kiedy trzeba a nie wtedy kiedy się zachce (chociaż podobno są gdzieś tam szczęśliwcy, którzy tak właśnie mają). Mój zegar biologiczny podziela moje upodobania i nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z tak trudnym wyzwaniem jak automatyczna pobudka o 6:00, więc muszę go wspomagać jakimś urządzeniem. Podobnie jak wielu z Was do porannego zwleczenia się z wyra zmusza mnie irytująca melodyjka w telefonie komórkowym. To rozwiązanie ma jednak dwie powszechnie znane wady.

Po pierwsze każda szanująca się komórka stawia sobie za punkt honoru aby w godzinach wieczornych jak najlepiej się ukryć. W tym celu często stosuje podstępny kamuflaż przykrywając się gazetą, poduszką, ręcznikiem lub jakąś nieostrożnie pozostawioną na wierzchu częścią garderoby. Potrafi również ze zwinnością wietnamskiego partyzanta niepostrzeżenie wpełznąć do czyjejś torebki lub kieszeni, skitrać się pod łóżkiem albo udawać niewidzialną wśród tomkowych zabawek. Poprzedzające wieczorne ablucje poszukiwania telefonu są więc codziennym rytuałem i często kończą się dzwonieniem do samego siebie z innego aparatu.

Druga wada, jeszcze gorsza, to funkcja tzw. drzemki. Podejrzewam, że to diabelstwo wymyślono pierwotnie jako formę wymyślnej tortury. Przez syndrom "jeszcze tylko chwileczkę" prawie przestałem już kontrolować świadomą obsługę aparatu i "aktywuję drzemkę" praktycznie nie przerywając snu. Nie zliczę poranków, w których budziłem się nagle z przeraźliwym przeczuciem, że już dawno powinienem być gdzie indziej. Co się w takich przypadkach dzieje nie trudno sobie wyobrazić.

W chwili desperacji postanowiłem wypowiedzieć wojnę komórkowemu sadyście i za niecałe dwadzieścia złociszy zakupiłem prosty budzik elektroniczny. Jako szanujący się facet pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po odpakowaniu tego ustrojstwa było wyrzucenie instrukcji obsługi. Nie będę się przecież poniżał studiowaniem jakichś głupich obrazków. W końcu takie małe beleco z dwoma mikrymi guziorkami nie może stanowić dla mnie intelektualnego wyzwania. Wieczorem tegoż samego dnia okazało się, że twórcą programiku sterującego tym badziewiem był jakiś skandynawski psychopata i aby uzyskać pożądany efekt guziory wciskać trzeba czasem jednocześnie, potem na przemian po czym znów jednocześnie itd. Aktualną godzinę ustawiłem - to był pikuś ale dalej było już tylko gorzej. Cholerstwo dzwoni kiedy chce a jak nie chce, to nie dzwoni w ogóle. Po ostatniej próbie konfiguracji mój nowy budzik nie dzwoni wcale ale za to nie wiadomo po co pika donośnie o każdej pełnej godzinie. Jednym słowem - porażka. Wygląda na to, że jestem skazany na komórkę.

Budzik

Skąd mi się zebrało na te wynurzenia? Ano stąd, że przez tę idiotyczną zmianę czasu znowu trzeba było poprzestawiać wszystkie zegarki w domu a i tak przez pierwszą połowę niedzieli nie wiadomo było która aktualnie jest godzina. Przy tej okazji dokonałem jednak niezwykłego odkrycia (a właściwie to odkrycie odkryło mnie). Jest mianowicie w naszym przytulnym domku jeden niezawodny budzik, którego dokładność kontrolowana jest przez atomowy wzorzec częstotliwości a aktualna godzina synchronizuje się drogą radiową ze wzornikiem czasu z Mainflingen. To niezwykłe urządzenie zamontowane jest od nowości we wnętrzu naszego syna. Niezależnie od dnia tygodnia lub pory roku, punktualnie o 5:45 Tomasz otwiera oczy. Nie inaczej było w dniu przejścia na "czas zimowy". O ustalonej godzinie ten mały harpagan wygramolił się ze swojego łóżeczka, przetruptał do naszego, odgrzebał nas z przytulnej pościeli po czym z triumfalnym okrzykiem "TATA!" usiadł mi na głowie.

Póki co takie sytuacje szczerze mnie radują ale gdy pomyślę, że on nie ma funkcji drzemki to zaczynam się bać.