poniedziałek, lutego 08, 2010

A mnie się podoba

Tak to jest, że jak sobie człowiek do codziennego znoju dołoży jeszcze wychowywanie małych dzieci i łikendowe studiowanie, to już czasu i sił nie staje na takie fanaberie jak pisanie bloga. Przeczytałem jednak właśnie artykuł, który zmobilizował mnie do dokończenia posta czekającego w „draftach” od grudnia ’09.

Rzeczony artykuł, na stronie gazety Polska The Times, dotyczy typowo polskiego narzekactwa na logo EURO 2012 i częściowo pokrywa się z tym co i ja chciałem drzewiej przekazać. Na tym tle, w kilku miejscach będę więc nieco wtórny, ale nie chce mi się już zbytnio przerabiać tego co raz napisałem.

A więc tak.

Intencją moją jest aby, wbrew wszystkim malkontentom, wyrazić pochwałę dla zaprezentowanego niedawno (14.XII.2009) oficjalnego loga mistrzostw Europy w piłce nożnej EURO 2012. Jak już wszyscy wiemy, symbolem tym będzie kwiat z pączkiem z piłki oraz liśćmi w barwach narodowych organizatorów. Przekaz bardzo klarowny, symbolika pozytywna, kolorki sympatyczne – dla mnie bomba.

Szczerze mówiąc spodobał mi się on od pierwszego wejrzenia a gdy zobaczyłem animację objaśniającą jego pochodzenie stałem się z niego prawdziwie dumny (chociaż opracowali je portugalczycy).



Z tym większym zdziwieniem czytałem kolejne, coraz bardziej negatywne opinie krajowych internautów. Lud na różnych forach i w komentarzach pod artykułami artykułuje przemyślenia opisujące logo jako przerysowane, zniewieściałe, z nieodpowiednią kolorystyka i trącące Cepelią. Z żadną z tych opinii się nie zgadzam lub przynajmniej nie uważam za wadę.

Ale po kolei.

Czy logo EURO 2012 jest przerysowane? Nie sądzę.

Prawda – obrazek jest stosunkowo skomplikowany ale to, że nie składa się z modnych ostatnio kilku kostropatych maziajków jest tylko jego atutem. Dzięki takiemu zabiegowi jest wyraziste, rozpoznawalne i łatwo zapada w pamięć. Samo logo jak i użyta kolorystyka będą nie tylko ładnie wyglądały w spotach rozpoczynających transmisje telewizyjne ale również otwierają duże pole do popisu dla producentów przeróżnych gadżetów, na których przecież chcemy zarobić.

Dla porównania wystarczy spojrzeć na historię znaczków z poprzednich mistrzostw Europy. Według mnie ostatnie wygląda zdecydowanie najlepiej.



Albo logo bardziej na czasie - Vancouver 2010. Do zapomnienia na drugi dzień po zakończeniu olimpiady.



Czy logo EURO 2012 jest mało „męskie”? Nie sądzę.

"Nie ulega frekwencji", że piłka nożna to twarda męska gra, jednak samo wydarzenie jakim są mistrzostwa Europy ma o wiele szerszy charakter. Nie dość, że jest wspaniałym pretekstem do spędzenia czasu z rodziną i/lub przyjaciółmi to dzięki temu, że dotyczy wszystkich europejskich narodów, jest również niebywałą okazją do międzykulturowej integracji a więc wykracza daleko poza ramy samych rozgrywek sportowych.

A że kwiat w dzisiejszych czasach nie jest atrybutem męskości to też dobrze - przełamuje schematy i przypomina, że w naszej historii kwiaty (róże, lilie itp.) wielokrotnie stanowiły element np. herbów szlacheckich czy rycerskich emblematów. Jakoś nikt się ich wtedy nie wstydził. Ba, wielcy rębacze tamtych czasów byli z nich szczerze dumni.

Czy logo EURO 2012 ma nieodpowiednie kolory? Nie sądzę.

Marudy twierdzą, że powinno być odwrotnie – czerwony środek i biała obwódka. Według mnie to nielogiczne (nasuwa mi się analogia do białego orła na czerwonym tle) ale twórcy postanowili odeprzeć te zarzuty przedstawiając opinie specjalistów z zakresu heraldyki (z którymi konsultowali się w trakcie projektowania). Ciężko coś tutaj dodać bo i zarzut mocno naciągany.

Czy logo EURO 2012 trąci Cepelią? Owszem.

I bardzo dobrze. Dzięki temu nie jest bezpłciowe i wyraźnie zaznacza charakter obu narodów.

Użyta typografia przesuwa nas co prawda na wschód, czego się panicznie boimy, ale prawda jest jednak taka, że jako ostatni bastion "wschodu" mamy europie o wiele więcej do zaoferowania niż nieudolne udawanie „zachodu”.

Odcinanie się od naszego kulturowego i historycznego dorobku będę moim szanownym rodakom do znudzenia wytykał i za każdym razem potępiał. Zaakceptujmy to w końcu - Cepelia to my. Jesteśmy łowickimi wycinankami, kaszubskimi haftami i kurpiowskimi koronkami. Zróbmy atut z tego, że mamy ponad 1000 lat historii. Bądźmy dumni z tego kim jesteśmy. Wstyd mi za tych, którzy nie są.

Proszę Was, w czasie mistrzostw nośmy z dumą nasze barwy narodowe przeplatane wzorkami z Cepelii. Opowiadajmy przyjezdnym o sarmatach i słowiańskich wierzeniach. Zainteresujmy świat naszymi legendami i baśniami. Zaróbmy na gadżetach z szewczykiem Dratewką, smokiem wawelskim, Warsem i Sawą, panem Twardowskim i diabłem Borutą. Puśćmy w świat jak najwięcej polskości. Niech nas poznają i zapamiętają. Lepszej okazji od losu nie dostaniemy.

niedziela, grudnia 06, 2009

Etyka sceptyka

Ameryka Północna to ciekawy kraj, nie da się jej lubić ale nie można też nie doceniać. Przyznaję, że chłopcy niektóre sprawy nieźle sobie poukładali. Dajmy na to możliwość odwołania ze stanowiska polityka jeśli nie zrealizował obietnic wyborczych w zakładanym terminie lub budowanie czteropasmówek gdzie popadnie, nawet w najbardziej zapyziałej teksańskiej dziurze.
Chociaż USA ma wad znacznie więcej niż zalet, to z jednego amerykańskiego wynalazku czerpie garściami cały świat – chodzi o tzw. „amerykańskich naukowców”. Bez ich kolejnych „odkryć” świat byłby szary i nijaki a oglądanie wieczornego wydania wiadomości straciłoby urok. Któż inny powiedziałby plebsowi czy w tym roku masło jest „zdrowsze” od margaryny lub na odwrót? Ale mniejsza z tym.
Niedawno natknąłem się na jedno z takich badań, w którym kolesie biorą pod lupę wpływ etyki na stabilność zatrudnienia i produktywność pracowników. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć czym zajmuje się etyka, a w szczególności etyka biznesu, przejdę więc od razu do streszczenia wyników.

Zacznijmy od procentów:
  • 94%, czyli znakomita większość badanych pracowników uważa, że etyczność firm, w których pracują jest dla nich ważna lub nawet krytyczna
  • 82% wolałaby otrzymywać mniejsze wynagrodzenie za pracę w firmie praktykującej zachowania etyczne
  • 21% odczuwa nacisk na zaangażowanie się w nielegalne praktyki
  • 80% wymienia brak aprobaty dla zachowań nieetycznych wśród swoich współpracowników, przełożonych lub kierownictwa najwyższego szczebla jako powód do zmiany miejsca zatrudnienia.
  • 36% deklaruje gotowość do zmiany miejsca zatrudnienia z powodu niskich standardów etycznych obowiązujących w danej organizacji
  • 56% określa swoje miejsce zatrudnienia jako organizację posiadającą kulturę etyki, mimo to 20% z nich było w ostatnim półroczu świadkami nieetycznych lub nawet nielegalnych zachowań a 11% z nich zostało przez takie praktyki bezpośrednio dotkniętych.
  • 12% doświadcza nieetycznych, nielegalnych lub dyskryminujących zachowań przynajmniej raz w tygodniu
Dalsze badania prezentują uśrednione wyniki w podziale na regiony (stany USA), wiek, płeć, stanowisko itp. Wszystkie one potwierdzaj jednak wniosek, że firmy postępujące etycznie cieszą się z tego tytułu wieloma wymiernymi korzyściami, włączając w to przyciąganie i utrzymywanie w organizacji utalentowanych pracowników. W Polsce nie byłoby to pewnie aż tak widoczne ze względu na wciąż niepewny rynek pracy skutkujący powszechnym brakiem szacunku dla pracownika.

Z powyższego wynika, że dla znakomitej większości pracowników etyczne zachowania wydają się być bardzo ważne. Badania te są oczywiście nieco obszerniejsze ale nie będę ich tutaj wszystkich przytaczać bo powyższe podsumowanie nakreśliło już mniej więcej obraz sytuacji.

Dodam jeszcze że dowiedziono, że etyka "jest dobra" bo skutkuje zwiększeniem stopnia społecznego zaufania. Z kolei jednostki organizacyjne w krajach charakteryzujących się wysokim poziomem społecznego zaufania poświęcają mniej czasu i środków na zabezpieczanie się przed „wykorzystaniem” podczas transakcji handlowych lub ochronę własnych aktywów. Wysoki poziom zaufania zachęca również organizacje do bycia bardziej innowacyjnymi oraz inwestowania w kapitał ludzki.

Badania te pochodzą z Hameryki z 2007 roku ale śmiem sądzić że (przynajmniej w kulturze europejskiej) ich wyniki nie odbiegają zbytnio od bieżącej sytuacji w innych krajach.

Po zapoznaniu się z tym raportem pierwsze pytanie które przyszło mi do głowy to:

Skoro wszyscy pragniemy żyć w wysoce etycznym otoczeniu to skąd tak wielki odsetek osób które spotkają się na co dzień z nieetycznym zachowaniem?

Odpowiedź wydaje się prosta – nieetyczność jest immanentną częścią ludzkiego charakteru. Wszyscy wiemy, że jest „zła”, ale czy to coś zmienia? Jak widać niewiele.

W konsekwencji pojawia się zatem nowe pytanie o to, czy etyka, jako dziedzina nauki/filozofii ma w ogóle rację bytu? Dla idealistów, którzy wierzą w możliwość zmiany ludzkiej natury zapewne tak. Mnie to jednak jakoś nie przekonuje...

Źródło: Reliable Plant

poniedziałek, listopada 09, 2009

Słowo(prze)twórstwo, czyli "można i tak, można i tak"

Pacholęciem będąc nie miałem dostępu do takiej obfitości zabawek w jakiej dzieciaki mogą się pławić w dzisiejszych czasach. Wtedy mi to specjalnie nie przeszkadzało a z perspektywy czasu uważam, że w znacznym stopniu przyczyniło się do rozwoju mojej wyobraźni i kreatywności.

Wymogiem tamtych czasów było aby średniowieczne warownie, skalne urwiska, jaskinie czarnoksiężników, zdradzieckie moczary, machiny oblężnicze, armaty i inne niezbędne młodemu zdobywcy rekwizyty powstawały z dostępnych akurat pod ręką elementów wyposażenia domostwa. Po świecie z kartonowych pudełek, puszek, ołówków, pomiętolonej gazety, koca, latarki i taboretu wędrowały drużyny, których członkom nie przeszkadzał fakt, że pochodzą z kompletnie innych bajek. Zupełnie zwyczajnym widokiem był szturm plastikowych żołnierzyków wspieranych oddziałem składanych Indian na bazę złowrogich ludzików Lego, którym przewodził Boba Fett.

Nie o zabawkach jednak miało być, jeno o ewolucji polskiego języka. W takiej bowiem oto uroczej scenerii zrodziły w mojej młodzieńczej głowie dwa Słowa, które sam wymyśliłem (jestem o tym przekonany do dziś) i planowałem w glorii chwały rozgłosić wszem i wobec.

A były to:

Wulkanizacja – czyli mroczna, kamienna równina z jeziorami płynnej lawy – takie wulkaniczne bagnisko, okrrropnie niebezpieczne,

i

Totalizator – okrutny władca trzymający za mordę „totalnie wszystko”, często przybierał postać Lorda Vadera mieszkającego, a jakże – w ponurym zamczysku za wulkanizacją.

Byłem z tych Słów bardzo dumny.

Na pierwszego powiernika mojej słowotwórczej kreatywności wybrałem Babcię W. i z niecierpliwością wyczekiwałem terminu naszych odwiedzin. Jakże byłem zrozpaczony gdy w czasie tegoż oczekiwania okazało się, że bezwzględny Totalizator losuje w telewizorze kolorowe piłeczki. Pierwsze słowo było zatem spalone, ale dramatu nie ma - jest jeszcze drugie. Jak już otrząsnąłem się po tym przygnębiającym wydarzeniu dostałem kopa z drugiej strony. Nietrudno się domyślić co zobaczyłem przez okno naszego srebrno-błękitnego peżota 305 podczas podróży do Babci W. - oczywiście kilka zakładów zajmujących się, o zgrozo, wulkanizacją.

Ta smutna historia przypomniała mi się podczas niedawnej dysputy na temat czystości naszego rodzimego języka. Nie jestem zatwardziałym purystą językowym ani zapalonym polonistą. Podejrzewam, że nie jestem nawet poprawnym użytkownikiem polskiego języka (chociaż staram się go nie kaleczyć), uważam jednak, że jest to za nasz wielki dorobek kulturalny, który należy pielęgnować i z rozwagą rozwijać.

Nie śledzę oficjalnego procesu słowotwórstwa ale zakładam, że odpowiednie organa się nim zajmują. Na co dzień spotykam się natomiast ze słowotwórstwem uliczno-medialnym i nie jestem tym zjawiskiem zachwycony. Na porządku dziennym jest upraszczanie polszczyzny (kwiatki typu „wezme se” czy „włanczać”) co mnie aż tak bardzo nie razi bo taki już niestety jest charakter tzw. języka codziennego i czasem sam z tego korzystam. Bardzo mi się natomiast nie podoba wszechobecne i bezkrytyczne zapożyczanie z języka angielskiego. Nie mam nic przeciwko włączaniu do naszego języka słów obcych opisujących zjawiska, dla których nie mamy adekwatnych odpowiedników (np. komputer) ale dlaczego coraz częściej sklepy starają się nakłonić mnie do zakupu „sandwiczy” zamiast kanapek a gazety zachęcają ciekawym „kontentem” a nie artykułami? Takie przykłady można rzecz jasna mnożyć bez liku.

Oczywistym jest, że nie ma sensu walczyć z różnymi żargonami branżowymi czy slangami subkulturowymi a odcięcie się danej społeczności od wpływów innych kultur nie dość, że jest fizycznie niemożliwe to byłoby katastrofalne w skutkach. Naleciałości zewnętrzne są więc nieuniknione.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że „polska język jest trudna język” co nie zwalnia to nas od jego szanowania. W tym miejscu mogę polecić dość ciekawy artykuł prezentujący ranking języków pod względem trudności w ich przyswojeniu. Zgadnijcie, który z nich jest uznawany za najtrudniejszy na świecie?

I tu dochodzę do sedna. O ile statystycznemu Polakowi jestem w stanie wybaczyć językową niestaranność to do czołowych krzewicieli piękna i /lub poprawności rodzimej mowy mam głęboki żal. Osoby publiczne (politycy, artyści, dziennikarze itp.), które niewiadomo dlaczego przez sam fakt pojawiania się w mediach są wciąż traktowane jako wykładnie cnót wszelakich, posługują się językiem coraz bardziej grubiańskim i niechlujnym.
Największą przewiną obarczam jednak udzielających się w mediach polonistów, którzy nie dość, że nie zwalczają stanowczo wszystkich powyższych zjawisk, tłumacząc je „naturalną ewolucją języka”, to jeszcze rozluźniają atmosferę powtarzając do znudzenia „… można i tak, można i tak …”. No normalnie maść na szczury*, bulwa! Kiedyś oglądałem ich z przyjemnością ale teraz mnie irytują.

Jako naród nie jesteśmy specjalnie dumni z naszego dorobku kulturalnego, nie potrafimy się nim chwalić, promować go na świcie ale za to chłoniemy jak gąbka wszystko co obce, a najlepiej „zachodnie”. Mam wrażenie, że powoli się to zmienia ale z przestrzeganiem (że nie wspomnę o egzekwowaniu) zapisów ustawy o ochronie języka polskiego wciąż jest fatalnie. W takim stanie rzeczy, jeśli nie media (przynajmniej publiczne) oraz takie postaci jak profesorowie Miodek i Bralczyk, to kto ma dbać o czystość naszego języka?

Tak mi smutno że chyba pójdę gżegżółkę rzeżuchą nakarmić.

A tak przy okazji, polecam zapoznać się z zamieszczonym w serwisie ciekawnik.pl rankingiem błędów językowych. Daje do myślenia.

* Historia Maści Na Szczury

Babcia K. opowiedziała mi drzewiej krótką historyjkę, która z niewiadomego powodu na zawsze zapadła mi w pamięć.
Na jednym z bazarów powojennej Warszawy pewien jegomość sprzedawał nieciekawie prezentujący się specyfik.
- Maaaaść na szczury, maść na szczuryyy! - reklamował swój towar donośnym krzykiem.
Zaintrygowana Babcia K., która oczywiście wtedy jeszcze nie była babcią, podeszła bliżej handlarza aby stać się mimowolnym świadkiem jego krótkiego dialogu z pewnym równie zainteresowanym przechodniem:
- Możesz mi Pan powiedzieć jak taka maść działa? – zapytał potencjalny klient
- Naturalnie! Dzięki tej wspaniałej maści pozbędziesz się Pan kłopotu z gryzoniami raz na zawsze! A działa to tak: łapiesz Pan taką gadzinę, smarujesz ją Pan tą cudowną maścią i puszczasz wolno, a po kilku dniach szczur sam zdycha.
- Przecież to bez sensu! Co ja go będę jakimś paskudztwem smarował, jeszcze mnie dziabnie i jaką cholerą zarazi! Jak już go złapię to wolę szpadlem przejechać i kłopot z głowy!
- Można i tak, można i tak – odpowiedział rezolutny sprzedawca, i powrócił do nawoływania - Maaaść na szczury, maść na szczuryyy!

sobota, października 31, 2009

Budzik

Tych, którzy mnie znają przekonywać nie trzeba a ci, z którymi jeszcze nie miałem przyjemności muszą uwierzyć mi na słowo - co jak co, ale spać to ja lubię.

Niestety ramy czasowe, w których mogę oddawać się tej błogiej czynności są dość ograniczone. Wiadomo - wstać do roboty trzeba wtedy kiedy trzeba a nie wtedy kiedy się zachce (chociaż podobno są gdzieś tam szczęśliwcy, którzy tak właśnie mają). Mój zegar biologiczny podziela moje upodobania i nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z tak trudnym wyzwaniem jak automatyczna pobudka o 6:00, więc muszę go wspomagać jakimś urządzeniem. Podobnie jak wielu z Was do porannego zwleczenia się z wyra zmusza mnie irytująca melodyjka w telefonie komórkowym. To rozwiązanie ma jednak dwie powszechnie znane wady.

Po pierwsze każda szanująca się komórka stawia sobie za punkt honoru aby w godzinach wieczornych jak najlepiej się ukryć. W tym celu często stosuje podstępny kamuflaż przykrywając się gazetą, poduszką, ręcznikiem lub jakąś nieostrożnie pozostawioną na wierzchu częścią garderoby. Potrafi również ze zwinnością wietnamskiego partyzanta niepostrzeżenie wpełznąć do czyjejś torebki lub kieszeni, skitrać się pod łóżkiem albo udawać niewidzialną wśród tomkowych zabawek. Poprzedzające wieczorne ablucje poszukiwania telefonu są więc codziennym rytuałem i często kończą się dzwonieniem do samego siebie z innego aparatu.

Druga wada, jeszcze gorsza, to funkcja tzw. drzemki. Podejrzewam, że to diabelstwo wymyślono pierwotnie jako formę wymyślnej tortury. Przez syndrom "jeszcze tylko chwileczkę" prawie przestałem już kontrolować świadomą obsługę aparatu i "aktywuję drzemkę" praktycznie nie przerywając snu. Nie zliczę poranków, w których budziłem się nagle z przeraźliwym przeczuciem, że już dawno powinienem być gdzie indziej. Co się w takich przypadkach dzieje nie trudno sobie wyobrazić.

W chwili desperacji postanowiłem wypowiedzieć wojnę komórkowemu sadyście i za niecałe dwadzieścia złociszy zakupiłem prosty budzik elektroniczny. Jako szanujący się facet pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po odpakowaniu tego ustrojstwa było wyrzucenie instrukcji obsługi. Nie będę się przecież poniżał studiowaniem jakichś głupich obrazków. W końcu takie małe beleco z dwoma mikrymi guziorkami nie może stanowić dla mnie intelektualnego wyzwania. Wieczorem tegoż samego dnia okazało się, że twórcą programiku sterującego tym badziewiem był jakiś skandynawski psychopata i aby uzyskać pożądany efekt guziory wciskać trzeba czasem jednocześnie, potem na przemian po czym znów jednocześnie itd. Aktualną godzinę ustawiłem - to był pikuś ale dalej było już tylko gorzej. Cholerstwo dzwoni kiedy chce a jak nie chce, to nie dzwoni w ogóle. Po ostatniej próbie konfiguracji mój nowy budzik nie dzwoni wcale ale za to nie wiadomo po co pika donośnie o każdej pełnej godzinie. Jednym słowem - porażka. Wygląda na to, że jestem skazany na komórkę.

Budzik

Skąd mi się zebrało na te wynurzenia? Ano stąd, że przez tę idiotyczną zmianę czasu znowu trzeba było poprzestawiać wszystkie zegarki w domu a i tak przez pierwszą połowę niedzieli nie wiadomo było która aktualnie jest godzina. Przy tej okazji dokonałem jednak niezwykłego odkrycia (a właściwie to odkrycie odkryło mnie). Jest mianowicie w naszym przytulnym domku jeden niezawodny budzik, którego dokładność kontrolowana jest przez atomowy wzorzec częstotliwości a aktualna godzina synchronizuje się drogą radiową ze wzornikiem czasu z Mainflingen. To niezwykłe urządzenie zamontowane jest od nowości we wnętrzu naszego syna. Niezależnie od dnia tygodnia lub pory roku, punktualnie o 5:45 Tomasz otwiera oczy. Nie inaczej było w dniu przejścia na "czas zimowy". O ustalonej godzinie ten mały harpagan wygramolił się ze swojego łóżeczka, przetruptał do naszego, odgrzebał nas z przytulnej pościeli po czym z triumfalnym okrzykiem "TATA!" usiadł mi na głowie.

Póki co takie sytuacje szczerze mnie radują ale gdy pomyślę, że on nie ma funkcji drzemki to zaczynam się bać.

wtorek, października 27, 2009

Puci, puci zasrańcu

Wszystkich właścicieli kochanych czworonogów, którzy w dupie mają sprzątanie gówien po swoich milusińskich serdecznie zapraszam na bezpłatne wasztaty zatytułowane "7 sposobów na wydłubanie psiego gówna z dziecięcych bucików". Zapewniam miłą atmosferę, herbatkę owocową i przybory do wydłubywania.

W przypadku wysokiej frekwencji na warsztatach rozważam uruchomienie zajęć zatytułowanych "Jak usunąć psie gówno z dziecięcych spodenek" oraz "Domowe sposoby na odkażanie i pozbywaniu się smrodu psiego gówna z dziecięcych rączek".

Rodziców biorących udział w warsztatach proszę o upaskudzenie potomstwa we własnym zakresie. Można to zrobić przed samymi zajęciami - wystarczy pozwolić dziecku pobiegać po trawniku pod moim blokiem.

wtorek, października 13, 2009

Czar czwarty - Syberia

Jeszcze przed publikacją poprzedniego wpisu uświadomiłem sobie, że zalegają mi jeszcze dwa magiczne zaklęcia syberyjskich szamanów. Pierwsze z nich opiszę dzisiaj a drugie za czas jakiś – nie wiem jaki ponieważ jeszcze nad nim „pracuję”.

Tematyka czwartego zaklęcia może nie jest zbyt ambitna ale swego czasu dostarczyło mi ono kilkanaście wieczorów niezobowiązującej frajdy i na dodatek idealnie wpasowuje się w syberyjską tematykę.

Gier komputerowych tykam się z rzadka albowiem czasu na to nie staje a na dokładkę moja, jak to się fachowo mówi, „platforma sprzętowa” dawno już przestała być kompatybilna ze współczesnymi tytułami. Gdy więc natrafię na jakieś ciekawe wykopalisko z czasów Pentiumów IV to pogrążam się na kilka dni w zmurszałym świcie pikselozy.

Takim tytułem, który nie dość że u mnie „śmiga” to jeszcze stosunkowo ładnie wygląda jest Syberia (cz. I i II).

Gracz wciela się w niej w postać młodej prawniczki, która podczas podróży służbowej zostaje wplątana w historię życia zdziwaczałego naukowca i konstruktora, obsesyjnie zafascynowanego nieodkrytymi przez współczesną cywilizację obszarami Syberii.

Rozgrywka przez cały czas płynie powolnym, melancholijnym niemalże rytmem fabuły przeplatanej spokojnymi wydarzeniami i dziwacznymi postaciami (automatowy!). Nie będę się tutaj rozpisywał o jej niuansach ani o tym, że gra opowiada o miłości, śmierci, pasji, uporze w dążeniu do celu itp. Powiem tylko, że Syberia urzeka klimatem oraz oferuje bardzo ciekawy i oryginalny scenariusz. Idealna pozycja na zimowe wieczory.

Dla przygodówkowych purystów ta gra na pewno nie jest atrakcyjnym tytułem. Brak w niej, charakterystycznych dla klasyków tego gatunku, przyprawiających o bezsenność i ból żołądka łamigłówek albo lokacji wymagających przeszukiwanie każdego piksela w poszukiwaniu kluczowego przedmiotu. Zagadki w Syberii są łatwe, przyjemne i zazwyczaj logiczne co sprawia, że gra jest do przejścia w 2-3 wieczory (wyjadaczom pewnie wystarczy jeden). Syberia jest więc raczej interaktywnym opowiadaniem niż klasyczną grą przygodową. Biorąc pod uwagę krótki czas potrzebny na ukończenie obu części powinna była od początku być wydana jako jedna całość. Teraz już spokojnie za kilka miedziaków można kupić obie części w dwupaku Kolekcji Klasyki.

Gierka graficznie nikogo już dzisiaj nie rzuciłaby na kolana, ale moje wymagania spełnia z nawiązką. Jak na lata 2002/2004 lokacje zaprojektowane i wykonane są na bardzo wysokim poziomie. Dopieszczona i bogata w detale prerenderowana grafika razem ze świetną oprawą dźwiękową wciągają w mroczny, mroźny i przyjemnie steampunkowy klimat.

Jeśli nie mieliście okazji grać w Syberię, lubicie (łatwe) przygodówki i nie odrzuca Was od grafiki sprzed 6-8 lat to z czystym sumieniem mogę Wam ten tytuł polecić.

Ostatnio gdzieś wyczytałem, że na przyszły rok zaplanowane jest wydanie części trzeciej i podobno nie będzie wersji na PC. Ucieszyło mnie to tym bardziej, że będzie to kolejny powód do zakupu konsoli. Dla Tomka oczywiście ;)

poniedziałek, września 14, 2009

Czar trzeci - Benjamin Button

Ociężały zaduch letniej nocy, kojące właściwości zimnego piwka (i kolejnego, i kolejnego…) oraz wspaniałe obrazy malowane obiektywem kamery Claudia Mirandy sprawiły, że „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” oglądałem jak zaczarowany.

Film jest zrealizowany naprawdę wspaniale. Zdjęcia, scenografia, muzyka, kostiumy i aktorzy są po prostu piękne. Baśniowy klimat tej historii urzeka, snuje się niczym miękka mgła przez plażę o zachodzie słońca, przez pokład holownika na wzburzonym morzu, przez syberyjską zamieć i skrzypiące pokoje starych drewnianych domów. Jest tu miejsce dla wzruszenia i zadumy, jest miejsce dla śmiechu i miłości. Wszystkie elementy tego dzieła są stonowane, wyważone i dopracowane. I wszystko byłoby nieskazitelnie piękne, gdyby nie to, że „Ciekawego przypadku...” za cholerę nie da się oglądać na trzeźwo.
Nieprawdopodobna historia Benjamina Buttona wydaje się być nader ciekawym pomysłem na scenariusz, więc to co wkurzyło mnie najbardziej to niewykorzystanie tego potencjału. Film ten, pomimo wszystkich powyższych zalet, dość szybko nuży i wlecze się niemiłosiernie. Gdyby nie nocne ząbkowanie Tomka, które zapewniło nam dwie orzeźwiające przerwy w seansie, to po jakiejś półtorej godziny słychać by było pierwsze chrapnięcia. A to była dopiero połowa filmu...
Na domiar złego obraz Finczera cierpi na nieproporcjonalny nadmiar taniego sentymentalizmu (co Małżowince ewidentnie nie przeszkadzało i pochlipywała cichutko do samego końca) nad niedoborem dramaturgii. Nie jestem reżyserem ani scenarzystą więc zapewne "się nie znam", może takie są prawidła kanonu, może taki nieco senny rytm opowieści był celowy, może twórcom zależało na uzyskaniu atmosfery baśni opowiadanej półgłosem przy kominku, może... ale filmowi trwającemu prawie trzy godziny przydałyby się kilka orzeźwiająco żywszych momentów.

Odczucia z obcowania z „Ciekawym przypadkiem Benjamina Buttona” mam więc ambiwalentne. Z jednej strony zachwyca oprawa wizualno-dźwiękowa, świetnie wpasowująca się w moje gusta, z drugiej strony razi pretensjonalna historyjka bez ciekawej puenty (bo jeśli Carpe Diem ma być tu puentą to sto razy bardziej wolę „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”).

Mógłby to być film wybitny a jest "tylko" bardzo dobry. Odczuwam jednak silną potrzebę posiadania tego obrazu w domu i wracania do niego raz na jakiś czas. Ciągnie mnie do niego jakiś magiczny magnetyzm. Właściwie to już bym go obejrzał ponownie. Pod jednym wszakże warunkiem - wyłącznie z czteropakiem pod pachą.

środa, września 02, 2009

Czar drugi - Evangelion

„Evangelion”, czyli najnowsze dzieło Behemoth'a nie jest daniem dla każdego. Nieostrożnym słuchaczom potrafi odgryźć łeb zaraz przy kolanach, przeżuć, wypluć i podeptać. Tym, którzy padną przed nim na kolana dostarczy jednak niezapomnianych przeżyć.

Po nieco hmm… pompatycznym „The Apostasy” panowie wracają w rejony bardziej surowe i dzikie a z głośników wieje mrozem syberyjskiej nocy. Tutaj nie ma miejsca na kompromisy i dziecięce chórki. Jest rzeźnia i mroczny mistycyzm. Jest piękno brutalnej przemocy. Są miażdżące riffy, piekielnie szybka perkusja i nieludzki wokal. Klimat tej płyty potrafi spopielić szpik w kościach.
Realizacja albumu stoi na najwyższym światowym poziomie a instrumenty brzmią świeżo i potężnie. Nic dziwnego, że na zachodzie Behemoth zaliczany jest do światowej czołówki black/death’owego łomotu.

Z nieukrywaną przyjemnością obserwuję kolejne kroki w nieustającej ewolucji tej kapeli. Behemoth z płyty na płytę jest coraz lepszy a każde nowe wydawnictwo mianowane jest najlepszym w dorobku. Nie inaczej jest i tym razem. Z pozycji fana tej kapeli nie mogę być oczywiście zupełnie obiektywny i chociaż po pierwszych przesłuchaniach nie mam wątpliwości, że jest to płyta świetna, to jednak na pewno nie idealna. Ma swoje mankamenty, sporadycznie trochę przynudza, czasem pozostawia lekki niedosyt, po wstawce z Maleńczukiem też spodziewałem się czegoś więcej, ale to wszystko nie ma większego znaczenia, bo poziom "Evangelion" maluje przed bandą Nergala kapitalne perspektywy. Panowie po raz kolejny podnieśli własną poprzeczkę. Oby tak dalej.